niedziela, 15 września 2013

Kurorozze

Patrzyłam znad ramienia Eagle na całą sytuację. Chłopak położył delikatnie dłoń na mojej talii od przodu, zasłaniając mnie.
- A skąd mamy mieć pewność, że nie robisz sobie z nas jaj? - spytał Ichiru. Jego wesołe do tej pory oczy spoważniały. Widziałam, jak sięga ręką do sztyletu za pasem.
- No, to jest dobre pytanie - odpowiedział z uśmiechem, udając zamyślenie. Westchnęłam.
- Dosyć tej zabawy w kotka i myszkę - stwierdziłam, schodząc z łózka przed Eagle. - Nie radzę nic robić, on zabija szybciej niż orzeł - wskazałam palcem na spiętego chłopaka. Przy mnie pojawił się Sochi, nieco dekoncentrując przybysza.
- Chcesz zrobić to, o czym myślę, że chcesz zrobić? - spytał mnie rzeczowo, a ja skinęłam głową. Jako potomkini cesarskiego rodu potrafiłam dokonać penetracji umysłu, jeśli tylko pomagał mi dość wysoko ustawiony duch. Podeszłam do chłopaka i położyłam dwa palce na jego czole, zamykając oczy. Skupiłam się i przebiegłam po jego wspomnieniach. Mówił prawdę. Jedna rzecz mnie tylko niepokoiła.
- Jesteś siostrzeńcem generała Kariczienowicza? - spytałam, mrużąc oczy. Ten popatrzył na mnie, nie wierząc, że to wiem. Byłam wyczerpana natłokiem informacji. Bezwiednie się zachwiałam, łapiąc pion jedynie dzięki ścianie.
- T-tak... ale jak?... - zaczął.
- To już moja sprawa, skąd to wiem - odpowiedziałam. - Eagle, ty i Masamune się nim zajmiecie. Nie obchodzi mnie, czy weźmiecie go do swojej jednostki, czy oddacie komuś innemu - powiedziawszy to, zemdlałam. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętam jest to, że ktoś mnie złapał od tyłu.

Craw

 - No wiesz ty co? Aż tak się zmachałaś? - mój głos był wyraźnie rozbawiony. Ale nie miałem zamiaru jej do niczego zmuszać. Wojna wykańcza człowieka. Podniosłem ku górze wieżę i obróciłem ją między palcami. Usłyszałem ciche prychnięcie księżniczki, przez co moje wargi wykrzywił wesoły uśmieszek.
 - Craw, ty zamierzasz w ogóle dziś spać?
 - Oczywiście, że nie Hayato! - udałem oburzenie. - Kim, że ja bym był oddając się w objęcia Morfeusza w tej sytuacji?! - rozłożyłem teatralnie dłonie, następnie ponownie stawiając pionka na planszy.
 - To co zamierzasz robić? - zadał kolejne pytanie, na co przyłożyłem palec do policzka.
 - Hm. Nad tym jeszcze nie pomyślałem. - stwierdziłem dobitnie.
 - Skoro tak, to co powiesz na urządzenie jakieś zabawy?! - oho. Zapotrzebowanie na zabawę Hayato właśnie się włączyło. Zaśmiałem się.
 - Z chęcią bym się na to zgodził ... - wstałem z krzesła, stając na środku pokoju. Wyciągnąłem teatralnie dłonie ku górze, spuszczając głowę. - Jednakże, zważywszy na potrzebę odpoczynku naszej księżniczki musimy pohamować nasze  zapotrzebowanie na hałas! - moich słów raczej nikt na poważnie nie wziął.
 - Uspokójcie się. - warknęła niespodziewanie Kurorozze na co wzruszyłem wesoło ramionami.
 - Czyżbym uraził twe odczucia? Jeśli tak, to szalenie cię przepraszam. - uśmiechnąłem się kpiąco.
Niespodziewanie do naszych uszu dotarł jakiś wrzask za drzwi, które z hukiem zostały otworzone. W nich stanął dzieciak. Niski, z czarnymi włosami za kark i ciemnymi oczami. Widziałem go po raz pierwszy, więc uniosłem pytająco brwi ku górze.
  - A ty to kto? - zadałem pytanie, obserwując jak zsuwa w pół powieki.
 - Rin. - oświecił mnie. A jakże. Widząc nasze niezrozumiałe miny, oparł się o ścianę i głośno westchnął. - Jestem ... jakby to powiedzieć. Uciekinierem z Rossirji.
Księżniczka słysząc jego słowa, spojrzała na niego ze zdziwieniem.
 - A jak to możliwe, że znalazłeś się tutaj? - spytał Eagle.
 - Siłą perswazji? - nasze miny wykazywały niezrozumienie. - Dobra. Widzę, że nic nie ogarniacie. Dość niedawno zwiałem stamtąd, bo przez tą wojnę zrobiło się lekkie zamieszanie i nadarzyła się idealna okazja Ogólnie rzecz biorąc od małego nienawidziłem tego kraju, ponieważ ich metody są doprawdy ... Stanowczo nieodpowiednie, dla mieszkańców. Ja wywodzę się z Nii-on, ale przez nieznaną mi historię urodziłem się tam. Jestem magiem, o czym nikt w Rossirji nie wie. A jestem tutaj żeby ... wam pomóc?  - na koniec swojej wypowiedzi, uśmiechnął się lekko.

Kurorozze

- Oczywiście, że tak - odpowiedziałam. Rozejrzałam się po ludziach przede mną. Kogoś mi ciągle brakowało. - Masamune! - wezwałam ducha Eagle, zarówno na jego posługach, jak i moich.
- Tak, pani? - zmaterializował się przede mną w półklęczącej pozycji.
- Gdzie są Ichiru i Hayato? - spytałam szybko. Trochę zbyt szybko.
- O ile mi wiadomo, chcieli połączyć się z częścią jednostki wysuniętą bardziej na północ, więc dołączą potem. Coś jeszcze?
- Kto ma teraz pozostałych ludzi pod kontrolą? - koło mnie zmaterializował się Sochi.
- Owl się zaoferował. Z tym, że nie uznałbym tego za wzór do naśladowania - westchnęłam na tą odpowiedź. Owl był świetnym teoretykiem, ale fakt, że trzymał całą jednostkę w ryzach był zagadką, jakiej nawet Sfinks nie byłby w stanie wymyślić.
- Dziękuję, możesz wrócić. Szykujcie swoje jednostki i wyruszajcie już. Naszym celem jest punkt kontrolny Nagora - oświadczyłam, po czym zawróciłam Irgo i pojechałam kłousem na miejsce, gdzie Owl machał bezwiednie rękoma, a cała masa żołnierzy robiła wszystko, tylko nie to, co im kazał. Sochi za mną zachichotał cicho, jednak mój cios łokciem go uspokoił.
- Oddział baczność! - wrzasnęłam, spinając Igro aż do stójki. Zaległa martwa cisza, mącona jedynie brzękiem metalu poprawianych motorów. - Każda kolejna minuta waszego opieszalstwa będzie skutkować serią stu pompek pajączków. Róbcie więc, co chcecie.
- Tak jest, pani kapitan - odpowiedział mi równo łączony oddział.
- Owl, jedź ze swoimi, ja nieco zagnę tor, spotkamy się na miejscu postoju - powiedziałam chłopakowi na motorze. Ten tylko kiwnął, nieco speszony swoimi umiejętnościami przywódczymi. Gdy zniknął w gąszczu skomplikowanej siatki swojego oddziału, przejechałam wzdłuż swoich tymczasowych ludzi i krzyknęłam:
- Oddział, za mną! - poleciłam, a huk włączanych silników zagłuszył wszystko pozostałe.

Musiałam nieco wydłużyć trasę, by połączyć się z brakującymi ludźmi na czele z Braćmi-Ptakami, jak często określani byli Hayato i Ichiru. Droga przeszła spokojnie pomiędzy łąkami upstrzonymi wiejskimi posiadłościami szlachty, kapliczkami okolicznych bóstw i polami uprawnymi. Gdy w końcu dołączyliśmmy do reszty, zmierzchało już.

- Jestem wykończona - oznajmiłam, wchodząc do wspólnego pokoju mojego i piątki dowódców. Hayoto skwitował to śmiechem.
- Mówiłem ci, że mam wygodniejsze siedzenie od twojego zwierzęcia - stwierdził dość sugestywnym tonem.
- Spadaj - mruknęłam, rzucając się na łóżko. - Moje zwierze przynajmniej nie wykańcza krajowych pokładów ropy naftowej i jest ciche.
- A przy tym energooszczędne - dodał Craw, matując deGaule'a.
- Hej! Dżentelmen nie wykorzystuje chwili nieuwagi przeciwnika. To niezgodne z moralnością - zaprotestował duch.
- Na wojnie nie ma dżentelmenów, staruszku. Na wojnie są jedynie trupy i idioci zbyt szaleni, by śmierć ich chciała przyjąć - skwitował to Ichiru. Nastała chwila ciczy, w której de Gaule wraz z Owlem zatrzeli pertraktację na papierze nad jakąś tezą Einschein'a, bracia grali w chinkina, a Craw polerował szachy po grze. W pewnym momencie drzwi się otworzyły i wszedł Eagle.
- Pani, nie wiedziałem, że już przyjechałaś - zatrzymał się przed moim łóżkiem, klękając. Pomimo niemal równego statusu, zawsze traktował mnie jak swoją panią. Wynikało to głównie z tego, że od dziecka mi towarzyszył, odkąd tylko moja matka go przygarnęła na dwór na skraju wygłodzenia. - Życzysz sobie czegokolwiek?
- Podusi, cykady i pokoju - wymruczałam półżartem. Ten tylko skłonił się i usiadł przy moim łóżku. Podejrzewałam, że spędzi tak całą noc, śpiąc na siedząco. Był jedną z mniej ufnych osób w kraju i nawet kwatera punktu kontrolnego nie stanowiła dla niego miejsca na tyle bezpiecznego, by pozwolił mi na samotność.
- Kurorozze, grasz? - spytał w pewnym momencie Craw, ustawiając figury. Machnęłam tylko ręką, niezdolna do wysiłku umysłowego.

Craw

Księżniczka otworzyła szerzej oczy, kiedy tylko usłyszała mój głos przy swoim uchu. Uśmiechnąłem się lekko.
 - Wyprawę - odpowiedziała, odwracając się do mnie przodem. Uniosłem pytająco prawą brew ku górze. - Ty również wyruszasz - oznajmiła mi. Nie za bardzo rozumiałem o co chodzi, chociaż powoli wszystko zaczęło rozjaśniać mi się w głowie.
 - Czyli kierujemy się na centralną północ - bardziej stwierdziłem, niż zadałem pytanie. Dziewczyna pokiwała głową.
 - Nie sądzisz, że to jest zbyt niebezpieczne Kurorozze? - jak zwykle nie dbałem o formalności.
 - Większym błędem byłoby pozwolenie na przerwanie linii, Craw.
 - Wyjątkowo nie będę jakoś się spierać, bo niestety masz rację. Przygotuję, więc oddział. Kiedy wyruszamy?
- Za godzinę - odpowiedź mnie zaskoczyła. Ale wojna to nie jest czas na obijanie się, więc pokiwałem lekko głową. Puściłem ją i ruszyłem przygotować mój oddział.
 - Za godzinę wyruszamy! - mój donośny głos rozległ się po sali. Elitarni żołnierze Nii-on spojrzeli na mnie zaskoczeni. Ale wszyscy chórem wydobyli z siebie głośny okrzyk symbolizujący zgodę. Uśmiechnąłem się do siebie. Moi ludzie zawsze są gotowi na walkę w obronie naszej ojczyzny. Wydobyli katany podnosząc je ku górze.
~
Godzinę później wszyscy byli już gotowi na to by wyruszyć w podróż. Podobnie jak księżniczka, nie zamierzałem wyruszyć na magicznej machinie tylko na karym koniu. Podszedłem do niej.
 - Gotowa, Kurorozze?

Kurorozze

Zebrania sztabu to coś, co powinno się już dawno obalić. Trzecią godzinę siedziałam w niewygodnym fotelu wysłuchując wydumanych pomysłów starych facetów, a i tak wojna toczyła się swoją drogą. Już miałam wstać i coś powiedzieć, gdy poczułam na ramieniu uspakajającą mnie dłoń.
- Narazisz się starszym, to cię wyślą na misję-kamikaze i tyle - usłyszałam bezdźwięczny głos Sochiego w uchu. Duch był przy mnie cały czas, równie zainteresowany rozmową, co ja.
- A może spytamy młodą cesarzównę, co o tym sądzi - wybrzmiało w pewnym momencie. Popatrzyłam na Shino, autora tych słów, potem na wielką mapę z pionkami służącymi za symbole oddziałów. - Lepiej wysłać oddziały kapitana Heraku do wąwozy Smoka, czy zostawić je na obecnej pozycji? - podpowiedział mi pytaniem. Był jednym z bardziej racjonalnych starszych i wiedział, że nie słuchałam ich rozmowy.
- Nie sądzę, żeby wąwóz był dobrym miejscem dla tych oddziałów - odpowiedziałam spokojnie, ignorując kilkanaście par oczu wiercących we mnie dziury. - W końcu na nierównych terenach ciężkie jednostki dużo łatwiej zapędzić w kozi róg i zlikwidować. Sądzę jednak, że pozostawienie obecnej pozycji również jest błędem. Zrobiłabym przegrupowanie i na miejsce Heraku - sięgnęłam po biały pionek, przesuwając go. - niech pojawią się tu lekkie jednostki dalekosiężne kapitana Ishidy. Na miejsce obecne - ruszałam kolejne makiety, obrazując swój tok myślenia. - wysłałabym Koyamę, a Heraku wysłała na północ, w Dolinę Bogów. Poza tym, oddział Mayaro marnuje się na tyłach, a jego potencjał maleje, dlatego przesunęłabym go na front, zamiast oddziału Birouki, który już kilka razy zgłaszał dużee straty. Poza tym, na północy brakuje nam sanitariatu, więc przesunęłabym linię frontu jakieś dwadzieścia kilometrów, pod punkt kontrolny.
- To niedorzeczne! Mamy oddać tyle naszego terytorium! - oburzył się strrateg Igarashi, jeden z bardziej radykalnych ludzi sztabu.
- Nie oddamy, księżniczka ma rację - zaprotestował inny, Omarohi. - W obecnej sytuacji tylko wykrawiamy swoich ludzi. Jeśli przeniesiemy front, Rossirja poczuje się pewniejsza, ale nie będzie podejrzewać, że mamy tam zaplecze, więc nie będą mogli działać tak agresywnie bez pogławcenia międzynarodowych konwencj. Poza tym, z punktu kontrolnego łatwiej dodać nowych żołnierzy, wyrzywienie jest tańsze, a ludzie zuskają na morale, mając za sobą stałą pomoc medyczną.
- W takim razie co z... - Igarashi nie dokończył, bo to kwatery wbiegł goniec.
- Pilna wiadomość - oznajmił, klękając po służbowemu na jedno kolano.
- Co się stało? - spytał przewodniczący sztabu, Yamin.
- Jednostka północno-zachodnia Wolf rozstała przerwana i w granicy znajduje się obecnie wyrwa, której bronią pojedyńcze oddziały.
- Ile są w stanie utrzymać linię? - wtrąciłam się do rozmowy. Mina gońca mówiła sama za siebie.
- Najwyżej dwa dni przy dobrym ustawieniu. Rossirja przestawiła część swoich jednostek z frontu centralno-północnego.
- W takim razie... - zaczął któryś ze strategów, ale mu przerwałam.
- Powiadom Ptaszarnię, że za godzinę wyjeżdżamy - oznajmiłam pewnym głosem.
- Ależ księżniczko! Wychodzenie na główną linię jest zbyt niebezpieczne - zaprotestował Omarohi.
- Pozwalanie Rossirja na przerwanie linii frontu jeszcze bardziej. Ptaszarnia jest największą elitą wśród żołnierzy, znają się na swojej robocie - powiedział za mnie Sochi. Wszyscy zamilkli.
- A jeśli coś pójdzie nie tak? Chcesz pozbawić obecną monarchię dziedzica? Bo chyba nie myślisz, że książę jest dobrym następcą - skontrował to inny duch, Akotachi, strateg sprzed trzystu lat.
- Nie pójdzie - w głosie Sochiego wyczułam pewność siebie, na którą ja nie byłabym w stanie się teraz zebrać. - Jeśli jednak coś by się stało, to za siedem dni od teraz wyślijscie kogo tylko chcecie, o ile nie otrzymacie wiadomości o sukcesie - odpowiedział spokojnie.
- Ryzyko jest duże... - skwitował Shino.
- Ale nie beznadziejnie duże. Sądzę, że póki co, to jest najlepszy plan. Za góra trzy dni chcę szczegółowy raport z sytuacji. Jeśli cokolwiek będzie nie po naszej myśli, wysylam oddział Heraku. Rozumiemy się?
- Tak jest - wykonałam prosty salut i wyszłam, a za mną Sochi.
- Pójdę do stajen, by przygotowali transport dla Igro - powiedział duch, gdy byliśmy na świeżym powietrzu. Skinęłam głową, a Sochi rozpłynął się. Duchy miały tą przewagę nad ludźmi, że potrafiły się dematerializować i materializować na zawołanie. Podejrzewałam, że właśnie w tym momencie przestraszył jakiegoś stajennego swoim naglym pojawieniem się.
Nie zdążyłam otworzyć drzwi swojej kwatery, gdy ktoś złapał mnie od tyłu za talię i pociągnął do tyłu.
- Można wiedzieć, co planujesz? - usłyszałam przy uchu męski głos.

sobota, 14 września 2013

Prolog

Dobro i zło to dwa najmniej zdefiniowane słowa.

Mówi się, że dobro to tworzenie, a niszczenie to zło.

Czy zatem niszczenie zła jest dobrem?

Czy zabijanie dla życia jest czymś usprawiedliwionym, czy różni się od zabijania dla zabawy?

Czy może jednak one niczym się nie różnią poza nazwą i słowami wymówki na usprawiedliwienie swoich czynów...

Tego nie wiem, ale jedno wiem na pewno.

Że bez względu na dobro czy zło moich czynów, musiało do nich dojść.

Ten dźwięk...

Dzwony?

Na moją chwałę...

Czy pogrzeb?...



...